Rowerem znad Morza Czarnego w Bieszczady cz.2. Klątwa Jeźdźca z Madary.

Bułgaria to zdecydowanie nie jest raj dla rowerzystów, na drodze nie spotykamy ich zbyt wielu, a i drogi temu nie sprzyjają. To zdecydowanie raj dla fanów motoryzacji w wersji oldtimer. Można tu w każdej większej miejscowości kupić samochody królujące na drogach w Europie Zachodniej w latach 80-tych, w Polsce na przełomie wieków a obecnie mknące po bułgarskich bezdrożach. A że podzespoły są trudno dostępne w sklepach, to small biznes bułgarski opiera się na handlu częściami zamiennymi, wulkanizacji oraz wszelkich naprawach wykonywanych przez lokalnych wirtuozów mechaniki samochodowej. Jedni tworzą wspaniałe dzieła, których nie powstydziły się klasyczne parady zabytkowych aut, inni raczej wzorują się na dziełach Picassa… ale o gustach się nie dyskutuje.

Rowerzysta z sakwami wśród fanów motoryzacji wzbudza prawdziwe zainteresowanie. Pierwsze pytanie, które zazwyczaj słyszymy, gdy okazuje się, że po bułgarsku nie rozumiemy to „Are you German?” co od razu kojarzy mi się z moim ulubionym filmem „Piąty element”. Dla tych co nie mieli okazji obejrzeć wyjaśniam, iż – delikatnie to ujmując – przypominamy istoty z innego świata. Bo i po co w temperaturze 40 stopni, zasuwać obładowanym rowerem przez raczej nieatrakcyjne z punktu widzenia kierowców okolice. Ale dla nas liczy się cel.

Do wykutego w skale Jeźdźca z Madary docieramy późnym popołudniem. Droga nie jest zbyt ciekawa, mnóstwo aut, upał i jedyna rekompensata to aromatyczne pola lawendy. Późnym popołudniem docieramy do podnóża wzniesienia, na którego stromych ścianach wykuto majestatyczną postać legendarnego bułgarskiego wodza Khana Tervela. Ostatni odcinek drogi do turystycznego centrum będącego punktem wyjścia na platformę widokową to dwunastoprocentowa wspinaczka i pierwsze wpychanie roweru pod górę. Na szczęście tylko kilometr! Bilet w przystępnej cenie, ruszamy długimi ścianami na spotkanie z historią Bułgarów, w końcu nie na darmo nadłożyliśmy drogi. Entuzjazm związany z szansą na spotkanie z jedyną tego typu atrakcją w Europie szybko jednak mija. Gdzieś w oddali na oświetlonej słońcem ścianie majaczy jakaś postać, coś co wydawało mi się platformą widokową z której można by podziwiać relief, jest raczej pozostałością zamysłu … nie wiadomo kogo i czego. Stalowa, rurowa konstrukcja przytłacza wszystko, niszczy klimat miejsca. Kilka szybkich fotek i skrywam się w cieniu, zoom w aparacie pozwala przyjrzeć się postaci z bliska i tyle. Lekko zdegustowany schodzę na dół, a bilet przestaje mi się wydawać już tani. Kilka łyków wody, trochę narzekania, że szkoda było w upale nadkładać kilometrów, nabijamy się z potężnego Khana i lwa-kuny u jego stóp. I puszczamy się w dół…
Potęgi jednak starożytnych mocy lekceważyć nie wolno, jedna mała, niepozorna dziura na zjeździe i karma wraca. Po małej przekąsce i mrożonej kawie w cieniu wsiadam na rower a tam flak. Oglądam koło, niby wszystko ok, pompuję, ciśnienie trzyma,  ale po chwili znów powietrze schodzi. A potem przez ponad dwie godziny wymieniamy, dętkę, oponę, kolejną dętkę a po chwili jeszcze jedną, ostatnią! I przez kilka kilometrów męczymy się aby koło ułożyło się na obręczy. A ze skalnego klifu gdzieś z oddali bułgarski wódz spogląda na nas, coś mi się zdaje, że z delikatnym uśmiechem na kamiennej twarzy.

Dzień po tej nerwówce nie układa się, ruch na drodze straszny, długie, męczące podjazdy, nerwowi kierowcy, wypiliśmy cały zapas płynów. I gdy już mam dosyć i snuję czarne wizje dalszej wędrówki, pojawia się nadzieja. Postanawiamy odbić i pojechać inną trasą dalej, krajobraz się zmienił, droga spokojniejsza, znów pojawiły się pola lawendy, plantacje truskawek, czarnej porzeczki, jedyne czego brakuje to kilku solidnych łyków zimnej coli. Gdzieś z tyłu pojawiają się ciemne burzowe chmury, które mobilizują do mimo wszystko intensywniejszej jazdy. Na szczęście Bułgarzy lubią z braku innych atrakcji biesiadować pod sklepem w sobotnie popołudnie, trafiamy na otwarty sklep, robimy zapasy i postanawiamy szukać miejsca na nocleg. Tym razem nie będzie luksusów, w wysokiej trawie nad brzegiem rzeki, atakowani przez hordy wściekłych komarów rozbijamy namiot i dusimy się w parnym namiocie.

Noc nie była miła, snu niewiele. Ale rano wiemy, że aby pozbyć się „klątwy” rzuconej przez Jeźdźca z  Madary, trzeba poszukać antidotum. Wyznaczamy nowy cel – wykute w skale cerkwie w Iwanowie, kolejna z bułgarskich atrakcji z Listy UNESCO.

Nowy dzień, nowe siły. Postanawiamy ominąć łukiem Razgrad, mam nadzieję, że fani Łudogorca mi to wybaczą.  Wybieramy boczne drogi może trochę bardziej wyboiste,  ale spokojniejsze. W Popowie robimy smaczne zakupy na targowisku i nawet udaje się nam odszukać sklep rowerowy, gdzie kupujemy nowe dętki. Z nową energią ruszamy dalej, no może tylko kierunek na miasteczko Dwie Mogiły nie jest najszczęśliwszy, ale nowe atrakcje przed nami.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *