Rowerem znad Morza Czarnego w Bieszczady – cz. 5 – Droga Transfogarska

DRUM BUN – żegna nas napis, tuż za pensjonatem, w którym spędziliśmy ostatnią noc. „Szczęśliwej drogi” – dziś przydałoby się nam coś więcej niż szczęście, po dobrze przespanej nocy w wygodnym łóżku jest energia, którą trzeba wykorzystać na zdobycie Drogi Transfogarskiej. Już poranek wskazuje na to, że dziś na drodze będzie większy ruch. Wjeżdżamy na kultową drogę, zaliczana do najpiękniejszych widokowo dróg Europy, Włosi mają swoją drogę na przełęcz Stelvio, Norwedzy – Trollstigen, Austriacy – Grossglockner Hochalpenstrasse, a Rumuni Drogę Transfogarska i Transalpinę. Nam się trafia Transfagarasan, przeprawa przez będące częścią Karpat Południowych Góry Fogaraskie. Wdrapać się trzeba będzie na wysokość ponad 2000 m n.p.m.
Nim zapuścimy się w góry, ostatni postój na uzupełnienie zapasów i kawę w Curtea de Arges, choć miasto to posiada piękne zabytkowe cerkwie, nie jesteśmy w stanie skupić się na zwiedzaniu, w głowie już tylko układamy taktykę na zdobywanie podjazdu. Za miastem pojawiają się pierwsze poważniejsze wzniesienia a po 10-ciu kilometrach rozpoczyna się wspinaczka. Droga Transfogarska wije się mnóstwem serpentyn w górę, znajduje się na niej 830 większych lub mniejszych mostów i wiaduktów – to wszystko tworzy niesamowity krajobraz, którego możemy posmakować już na pierwszych fragmentach wspinaczki. DN7C, jak oznaczona jest ta droga, to wielki projekt dyktatora Nicolae Ceausescu. Budowana w latach 1970 – 1974 droga miała być arterią służącą przerzuceniu przez Karpaty wojsk rumuńskich w razie agresji Związku Radzieckiego. Obawiał się on bowiem, że po wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji w ramach Operacji „Dunaj”, którą potępił, przyjdzie teraz kolej na Rumunię. Wzmacniał zatem zdolności obronne między innymi właśnie takimi inwestycjami, które na szczęście nie zostały nigdy wykorzystane militarnie a dziś stanowią jedną z największych atrakcji Rumunii.


Droga prowadzi przez las, mijamy kolejnych zmotoryzowanych turystów, ale spotykamy wreszcie rowerzystów sakwiarzy – para ze Szwajcarii, która z Bukaresztu jedzie do Zakopanego! Mniej obładowani jadą przodem, a my swoim tempem za nimi. Za jednym z zakrętów widzimy nagle, jak chłopak wymachuje w naszą stronę i krzyczy – „URSU, URSU”! Faktycznie – na poboczu drogi siedzi niedźwiedź! Co prawda przewodniki ostrzegają przed taką sytuacją, ale raczej na odludziu się tego obawialiśmy. A tu przy drodze stoi sobie miś, wyraźnie zainteresowany mijającymi go samochodami, że nie wspomnę o rowerzystach. Co robić, auta zwalniają przy nim, pasażerowie i kierowcy kręcą filmiki, a my zastanawiamy się, co dalej. Jeden z przygotowanych na taką sytuację kierowców obrzuca miśka petardami, ale on tylko na chwilę chowa się za obrzeżem jezdni, by po kilkudziesięciu sekundach pojawić się znowu. Raczej nie mamy ochoty razem z kolegą Szwajcarem sprawdzać, jak szybko niedźwiedź rozpędza się do naszej prędkości, tym bardziej, że nie wiadomo czy za zakrętem będzie z górki czy pod górę. Jeden z kierowców samochodu proponuje nam, by się ukryć za autem a on wolno jadąc odgrodzi nas od zwierzęcia. Podejmujemy taką próbę. Głośno trąbiąc kierowca rusza, za nim dołączają kolejni a my za tą barierą kręcimy pod górę ile sił w nogach. Pierwsze spotkanie z dziką naturą Rumunii za nami, jak się okazuje nie ostatnie.


Wijącą się drogą w górę ruszamy dalej, teraz jednak już nie tylko podziwiamy krajobraz, ale i wypatrujemy czy aby za zakrętem nie czai się kolejny niedźwiedź. Tak docieramy dość szybko nad jezioro Vidraru. Potężna zapora spiętrza wody rzeki Ardżesz tworząc urokliwe, położone blisko 850 m n.p.m. górskie jezioro zaporowe o długości czternastu kilometrów. Z okalających je dróg rozciągają się piękne panoramy gór zanurzających się w wodach jeziora. Po krótkim postoju przy zaporze wybieramy drogę prowadzącą jego wschodnim brzegiem. Na trasie spotykamy coraz więcej aut. Pojawiają się też położone nad brzegiem jeziora restauracje, z których dolatują nas apetyczne aromaty pieczonej ryby. Jak się okazuje – nie tylko nas one kuszą… Z lasu wychodzi kolejny niedźwiedź. Na szczęście zainteresowanie nim jest tak duże, że szybko lawirując pomiędzy początkującymi samochodowymi youtuberami, oddalamy się z planu zdjęciowego pozostawiając miśka i turystów za sobą.


Droga faluje brzegiem jeziora, staramy się nie zatrzymywać na postój, bo nie wiadomo, co wyjdzie zza drzew. Gdy podziwiamy kolejną wcinającą się w zbocze zatokę, z przejeżdżającego samochodu wymachuje do nas kierowca i pasażerowie, krzycząc – „URSU”! Po czym zaraz za nami się zatrzymują i cały skład wyskakuje z telefonami, z zamiarem nakręcenia spektakularnego filmu p.t. „Niedźwiedź pożera rowerzystę”. Na Facebooku gwarantowane kilkadziesiąt tysięcy odsłon! Niestety nie uśmiecha się nam udział w napisach końcowych filmiku, stajemy i obserwujemy, jakie ma plany spacerujący kilkadziesiąt metrów od nas po poboczu niedźwiedź. Za nami podjazd, pod górę nie zwiejemy, można by spróbować szybkiego zjazdu w dół, ale tak naprawdę nie wiadomo, jak się zwierzę zachowa. Zniecierpliwieni turyści odkładają telefony, a na nasze szczęście pojawia się jeden rozsądny motocyklista, opracowujemy taktykę już znaną z poprzedniego spotkania, tym razem mijamy miśka naprawdę blisko, motocyklista odstrasza go podjeżdżając bardzo blisko a my rozpędzamy się, ile sił w nogach i mkniemy w dół. Na szczęście to ostatnia przygoda, wkrótce wyjeżdżamy poza granicę lasu, tu już nie będzie spotkań z niedźwiedziami, ale rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka.


Spoglądając w górę widzimy, jak droga wspina się serpentynami ginąc w nadciągających chmurach. Tu jeszcze temperatura około 30 stopni, ale z każdym zakrętem spada a chmury zaczynają coraz nieprzyjemniej wyglądać. Na drodze ruch wygenerowany głównie przez uczestników czeskiego rajdu samochodowego. Mają chłopaki polot – mnóstwo starych aut wypakowanych po brzegi, na dachach wszystko co auto udźwignie, koła, opony, atrapy i zapakowane fotele, jedni mkną po zakrętach, inni mozolnie jak my suną pod górę. Zabawa przednia, postoje robią przy spływających z gór strumieniach, rozkładają fotele, z bagażników natychmiast wyskakują skrzynki z piwkiem i chłodzą się w spływającej, jeszcze widocznej w górze pokrywy śniegu lodowatej wodzie. Kwintesencja czeskiej dobrej zabawy! Niektórych uczestników mijamy kilka razy, jak jeżdżą w górę i w dół, radośnie pozdrawiając nas klaksonami i motywacyjnymi okrzykami. Gdy wjeżdżamy w chmury, te ostatnie są szczególnie potrzebne, bo rower miejscami trzeba pchać pod górę a temperatura spada do ośmiu stopni. Lekki szok termiczny po kliku dniach potwornych upałów.


Po znakach wiedzę, że do szczytu zostały 2 kilometry wspinaczki w mgle, włączamy oświetlenie, zakładamy kamizelki, widoczność spada do może 20 metrów, nadjeżdżających rajdowców słychać, ale wyłaniają się w ostatniej chwili, dlatego oznaczamy się, jak to tylko możliwe. Każdy wspina się w swoim tempie, Roman znika mi z przodu w chmurach i słysząc tylko swój oddech i odgłosy wspinaczki czeskich oldsmobili, już z wielkim trudem naciskam pedały pokonując ostanie kilkaset metrów. Wspinaczka kończy się tunelem prowadzącym na drugą stronę gór. Ten – prawie nieoświetlony -sprawia wrażenie drogi bez końca: 850 metrów w czeluści ociekającej wodą, z pojazdami, których odbijający się ryk silników od ścian przypomina huk nadjeżdżającego pociągu. Tak naprawdę w ostatnim jego odcinku kieruję się tylko na widoczne w oddali światło wylotu, zmęczony, niemal nabijam się na słabo oświetlony fragment starej bariery przymocowany do ściany, by po chwili zaczerpnąć świeżego, ciepłego powietrza po drugiej stronie Karpat, napływającego już z wyłaniającej się przed nami Transylwanii. Transfogarska pokonana!

Rowerem znad Morza Czarnego w Bieszczady. część 4 – W kierunku Karpat.

Lądujemy na rumuńskiej ziemi, wilgotność powietrza w dolinie Dunaju chyba 100%. Kontrola dokumentów, w tym paszportu covid’owego i na horyzoncie Giurgiu, idąc od południa – jak podbijający Wołoszczyznę Turcy – wjeżdżamy do miasta będącego dunajskimi wrotami do tej historycznej krainy.  To blisko 70 – cio tysięczne miasto ma ciekawe powiązanie z Opolem. Książę Transylwanii Zygmunt Batory, bratanek naszego króla Stefana Batorego, który podbijał Wołoszczyznę przeganiając osmańskich najeźdźców pod murami twierdzy … (no właśnie jak to odmienić, zaryzykuję zatem)  giurgiańskiej, po swych sukcesach na polach bitwy postanawia jednak poświęcić się kapłaństwu. Żonie pozostawia wolną rękę, zrzeka się tronu Siedmiogrodu i z cesarzem Rudolfem II wymienia go na księstwo opolskie! Kto był w Siedmiogrodzie pewnie się zastanawia, gdzie tu interes? Do takiego samego wniosku doszedł i sam zainteresowany, zażądał po kilku miesiącach zwrotu swych dóbr, ale to już inna i raczej smutna historia.

W tropikalnym klimacie Giurgiu  w grillowej budce zamawiamy pierwszy obiad, po raz pierwszy używając rumuńskiego języka. Na czym polega metodologia posługiwania się językiem obcym…? Staje człowiek w długiej kolejce, następnie przysłuchuje się kolejnym zamawiającym, co mówią i co im podają, zasadniczo największa ilość klientów kupuje to, co najlepsze, przy zamówieniu poległem na pytaniu dodatkowym „czy chcę na wynos”, ale ostatecznie kiełbaski z kartoflami smakowały, że o napojach nie wspomnę.

Pokrzepieni i zaprowiantowani ruszamy w kierunku na Pitesti, pierwsze kilometry za miastem już nam mówią, że łatwo nie będzie, ruch na drodze spory i powracają wspomnienia sprzed lat. Technologia budowy rumuńskich dróg w wielu przypadkach opiera się na robieniu dylatacji pomiędzy wylewanymi fragmentami jezdni. Po latach zamienia się to w klasyczną patatajkę, dla obładowanego roweru to koszmar, że nie wspomnę o rękach, plecach i … innych częściach ciała rowerzysty. Staramy się trzymać tempo, ale pod wieczór w Vadu Lat (w wolnym tłumaczeniu – Wadliwej Gumie) następuje awaria, z opony roweru Romana ucieka powietrze, sprawdzamy. Opona i dętka cała, niestety okazuje się że to awaria zaworu. Nim do tego doszliśmy mija – po różnych perypetiach i zmęczeniu – godzina. Nie ma wyjścia, trzeba szukać obozu, a tu jak na złość nie ma gdzie. Dopiero opędzając się od setek komarów rozbijamy się gdzieś na łące. Duchota w namiocie, a zmęczenie sprawia, że śpi się fatalnie.

Rano wstajemy skoro świt i ostro kręcimy w kierunku Gaesti, upał nie odpuszcza, znów przy asfalcie 40 stopni. Krajobrazy marne, ciągnące się kilometrami monotonne wioski z zabudową w kwadraciaki, nie ma na czym okaz zawiesić. A w Gaesti jeszcze gorzej,  dobrze że trafiamy na kantor, wymieniamy walutę okazując dowody osobiste, potwierdzając że jesteśmy obcokrajowcami (bo wyglądamy jak tubylcy)  i znajdujemy sklepik z przepyszną pizzą z rzymskiego pieca.

Mam czasami wrażenie, że ta część Rumunii, historyczna Muntenia jest ogołocona z wszelkich możliwych atrakcji, krajobraz dobija swoja jednostajnością, a każda mijana miejscowość jest  klonem poprzedniej, zmienia się tylko wystrój odwiedzanych przez nas wiejskich sklepów, do których musimy co chwilę zaglądać aby napić się czegoś chłodnego. Z ulgą przyjmuję pojawiające się na horyzoncie Pitesti, zapowiadające zmianę drogi.

To ponad 150 tysięczne miasto jest zderzeniem największego gospodarczego sukcesu Rumunii i największej traumy czasów komunizmu. Nieopodal miasta znajdują się potężne fabryki samochodów Dacia, które podbijają nie tylko  europejskie rynki motoryzacyjne. Jednak cieniem na miasto kładzie się „eksperyment Pitesti”. To w komunistycznych więzieniach tego miasta poddawano ludzi niewyobrażalnym torturom, które zmieniały ofiary w katów. Stworzony bestialski system reedukacji więźniów wyrwał się spod kontroli samych władz i po kilku latach został zakończony, a zacierając jego ślady osądzono i stracono część jego uczestników.

Przemykając głównymi arteriami Pitesti kierujemy się na drogowskazy  z numerem „7C”. Bo właśnie za miastem zaczyna się nasza długo oczekiwana Droga Transfogarska. Ta przeprawa przez Karpaty wymaga sporego zapasu energii, dlatego plan mamy taki, aby poszukać dogodnego noclegu i po kilku marnych nocach w końcu porządnie odpocząć. Niestety okolica nie sprzyja naszym planom, niemal ciągła zabudowa wzdłuż całej drogi. Co prawda mamy za Pitesti potężne zbiorniki wodne na rzece Ardżesz, ale wybieramy złą trasę i po naszej stronie nie ma kompletnie dostępu do brzegu jeziora.

Przeszukuję mapę w aplikacji maps.me i okazuje się, że za kilka kilometrów powinniśmy dotrzeć do  czynnego pensjonatu. Gdy zaczęło się już powoli ściemniać,  pojawiła się przed nami brama wjazdowa do „Pensiunea Mara”. Ten dzień zakończyliśmy bardzo dobrze, porządna kąpiel, przeprane ubrania, wygodne łóżko, Timisoerana w ręce i zmagania Anglików z Duńczykami na EURO. Na drugiej połowie meczu zasnąłem. Na szczęście, bo kolejny dzień to wspinaczka na Transfogarskiej.

Rowerem znad Morza Czarnego w Bieszczady. część 3 – Skarby ukryte w skałach.

Podróżowanie na rowerze ma pewne ograniczenia, nie można zobaczyć wszystkiego, co by się chciało, ale z drugiej strony zmusza to do pewnego wyboru i rozsądnego planowania trasy. Czasem jednak plany weryfikuje droga, my przez 20 lat nauczyliśmy się, że czasem się trzeba poddać sytuacji i po prostu kręcić, a za  zakrętem pojawi się coś niespodziewanego.

Kierujemy się w stronę granicy bułgarsko-rumuńskiej do miejscowości Ruse. Tam znajduje się jeden z dwóch mostów na Dunaju, po którym można przejechać na Rumuńską stronę. Jednak nim tam dotrzemy wjeżdżamy w malowniczą dolinę rzeki Rusenski Łom, gdzie w XIII wieku powstał potężny kompleks świątyń i klasztorów wykutych w wapiennych ścianach rozległego kanionu. Z kilkudziesięciu obiektów zachowany najlepiej jest monastyr Michała Archanioła, wpisany na Listę dziedzictwa UNESCO i chcemy go zobaczyć, reszta jest obecnie niedostępna ze względu na działania rzeki i zagrożenie zawaleniem.

Gdy zjeżdżamy do kanionu rzeki, upał spotęgowany zwiększoną wilgotnością robi się nie do wytrzymania, a dodatkowo bardzo bogata roślinność sprawia wrażenie, że znajdujemy się w tropikach. Nie bez trudu docieramy do punktu wyjściowego, z którego na piechotę już trzeba wspinać się do zawieszonego ponad 30 metrów nad dnem doliny wejścia do świątyni. Wdrapujemy się na skalną półkę i z ulgą wchodzimy do skalnej wnęki a tam ku naszemu zdziwieniu czeka przewodnik. Kupujemy bilet wstępu, ale za niego otrzymujemy bardzo interesująca historię, z pakietu dostępnych języków wybieramy rosyjski, słuchamy jak mnich Joachim po powrocie z góry Athos zakłada klasztor, wokół którego bardzo szybko rozwija się wspólnota, wspierana przez bułgarskich carów z niedalekiej stolicy odrodzonego bułgarskiego państwa Wielkiego Tyrnowa. Czasy świetności niepodległego królestwa Bułgarii trwają jednak krótko, rozrastające się Imperium Osmańskie podbija Nizinę Naddunajską, wojna dociera również do monastyru. Pomimo zniszczeń, część mnichów żyje w otaczających dolinę jaskiniach, ale zaczyna się upadek wspólnoty. Na kilkaset lat świat zapomina o ukrytych w skałach świątyniach, jedynie poszukiwacze skarbów penetrują je w poszukiwaniu ukrytego złota.

Ponowne ich odkrycie następuje na początku XX weku. Francuscy naukowcy odkrywają wejście do monastyru, muszą wysadzić jedną ścianę, bo drewniane schody, które prowadziły do zawieszonego na skalnej półce wejścia już dawno znikły. Ich oczom ukazują się piękne malowidła pokrywające ściany i sufit wykutych w skale pomieszczeń świątyni. Przewodnik omawia nam każde z zachowanych malowideł, chętnie odpowiada na nasze pytania, widać że nie jest to tylko jego miejsce pracy, że on też, jak mieszkający tu przed wiekami mnisi przesiąka duchem tego miejsca. Odwiedziliśmy w naszych wędrówkach już wiele potężnych europejskich katedr, ale to ukryte w kilkumetrowej wnęce skalnej miejsce modlitwy szukających ciszy ludzi jest równie piękne i chyba też nam trochę bliższe.

Udajemy się na punkt widokowy na całą dolinę Rusenskiego Łomu, widok majestatyczny, ale bijący od skał żar wygania nas, wracamy do Iwanowa, koło którego położony jest kompleks skalnych cerkwi – musimy uzupełnić zapasy, przede wszystkim płynów, bo z tym bardzo krucho. Teraz pozostało nam już tylko kierować się na most na Dunaju. Szukając noclegu natrafiamy na mapie na kolejną ikonę cerkwi a obok niej informacje, że jest jakieś ujęcie wody. Kierujemy się tam. Tuż za miejscowością Basarbowo odnajdujemy piękny wykuty w skale kolejny monastyr, rozbijamy namiot na parkingu na przeciw wybudowanej u jego podnóża cerkwi. Kolacja przy zachodzącym słońcu oświetlającym ostatnimi promieniami przyklejone do skał świątyni eremy smakuje zdecydowanie lepiej, pomimo tego że w garnku chińska zupa i suchy chleb z pasztetem.

Wstajemy wczesnym rankiem a ku naszemu zdziwieniu monastyr już otwarty, w jego bramie kupujemy za ostatnie lewy pamiątki i wspinamy się po wąskich stromych stopniach na skalną ścianę, umiejscowione na niej są dwie świątynie, cele mnichów oraz kilka pomieszczeń gospodarczych i modlitewnych. Cały kompleks obecnie poświęcony jest świętemu Dimitrowi Basarbowskiemu. To on swoim ascetycznym życiem rozsławił ten klasztor, wypraszając okolicznej ludności wiele łask, po które do dziś przybywają liczni pielgrzymi do cerkwi, ich spisane prośby o wstawiennictwo, wypełniają wiele szczelin w murach, załomów skał.  Ikona świątobliwego mnicha znajduje się w dolnej cerkwi. Gdy ją odwiedzaliśmy, modlący się tam zakonnik zapytał nas o imiona i włączył nas do swojej modlitwy. Jestem pewien, że tego duchowego wsparcia w naszej dalszej wędrówce nie zabrakło.

 

Kierujemy się na Ruse, wybieramy opcję najprostszą, ale nie najłatwiejszą. Wjeżdżamy na główną arterię prowadzącą wokół miasta, kierującą nas bezpośrednio na przeprawę przez Dunaj. Trzeba mocno naciskać na pedały, żeby płynnie uczestniczyć w ruchu, ale 45 minut szybkiej jazdy doprowadza nas do mostu. A na nim – ku naszemu zaskoczeniu – tylko dwa wąskie pasy ruchu i mnóstwo TIRów. Na szczęście ruch samochodowy przyhamowały bramki opłaty za przejazd i wskoczyliśmy na most przed ciężarówkami, 2800 metrów potężnych kratownic, pod którymi w dolnej części znajduje się torowisko staramy się pokonać jak najszybciej, nie ma czasu nawet na pamiątkowe zdjęcie, bo już za nami słychać nadjeżdżające pojazdy.

Po 375 kilometrach bułgarskich dróg zaczynamy kolejny etap, Rumunia a w niej główny cel: Droga Transfogarska, a potem Transylwania.

Rowerem znad Morza Czarnego w Bieszczady cz.2. Klątwa Jeźdźca z Madary.

Bułgaria to zdecydowanie nie jest raj dla rowerzystów, na drodze nie spotykamy ich zbyt wielu, a i drogi temu nie sprzyjają. To zdecydowanie raj dla fanów motoryzacji w wersji oldtimer. Można tu w każdej większej miejscowości kupić samochody królujące na drogach w Europie Zachodniej w latach 80-tych, w Polsce na przełomie wieków a obecnie mknące po bułgarskich bezdrożach. A że podzespoły są trudno dostępne w sklepach, to small biznes bułgarski opiera się na handlu częściami zamiennymi, wulkanizacji oraz wszelkich naprawach wykonywanych przez lokalnych wirtuozów mechaniki samochodowej. Jedni tworzą wspaniałe dzieła, których nie powstydziły się klasyczne parady zabytkowych aut, inni raczej wzorują się na dziełach Picassa… ale o gustach się nie dyskutuje.

Rowerzysta z sakwami wśród fanów motoryzacji wzbudza prawdziwe zainteresowanie. Pierwsze pytanie, które zazwyczaj słyszymy, gdy okazuje się, że po bułgarsku nie rozumiemy to „Are you German?” co od razu kojarzy mi się z moim ulubionym filmem „Piąty element”. Dla tych co nie mieli okazji obejrzeć wyjaśniam, iż – delikatnie to ujmując – przypominamy istoty z innego świata. Bo i po co w temperaturze 40 stopni, zasuwać obładowanym rowerem przez raczej nieatrakcyjne z punktu widzenia kierowców okolice. Ale dla nas liczy się cel.

Do wykutego w skale Jeźdźca z Madary docieramy późnym popołudniem. Droga nie jest zbyt ciekawa, mnóstwo aut, upał i jedyna rekompensata to aromatyczne pola lawendy. Późnym popołudniem docieramy do podnóża wzniesienia, na którego stromych ścianach wykuto majestatyczną postać legendarnego bułgarskiego wodza Khana Tervela. Ostatni odcinek drogi do turystycznego centrum będącego punktem wyjścia na platformę widokową to dwunastoprocentowa wspinaczka i pierwsze wpychanie roweru pod górę. Na szczęście tylko kilometr! Bilet w przystępnej cenie, ruszamy długimi ścianami na spotkanie z historią Bułgarów, w końcu nie na darmo nadłożyliśmy drogi. Entuzjazm związany z szansą na spotkanie z jedyną tego typu atrakcją w Europie szybko jednak mija. Gdzieś w oddali na oświetlonej słońcem ścianie majaczy jakaś postać, coś co wydawało mi się platformą widokową z której można by podziwiać relief, jest raczej pozostałością zamysłu … nie wiadomo kogo i czego. Stalowa, rurowa konstrukcja przytłacza wszystko, niszczy klimat miejsca. Kilka szybkich fotek i skrywam się w cieniu, zoom w aparacie pozwala przyjrzeć się postaci z bliska i tyle. Lekko zdegustowany schodzę na dół, a bilet przestaje mi się wydawać już tani. Kilka łyków wody, trochę narzekania, że szkoda było w upale nadkładać kilometrów, nabijamy się z potężnego Khana i lwa-kuny u jego stóp. I puszczamy się w dół…
Potęgi jednak starożytnych mocy lekceważyć nie wolno, jedna mała, niepozorna dziura na zjeździe i karma wraca. Po małej przekąsce i mrożonej kawie w cieniu wsiadam na rower a tam flak. Oglądam koło, niby wszystko ok, pompuję, ciśnienie trzyma,  ale po chwili znów powietrze schodzi. A potem przez ponad dwie godziny wymieniamy, dętkę, oponę, kolejną dętkę a po chwili jeszcze jedną, ostatnią! I przez kilka kilometrów męczymy się aby koło ułożyło się na obręczy. A ze skalnego klifu gdzieś z oddali bułgarski wódz spogląda na nas, coś mi się zdaje, że z delikatnym uśmiechem na kamiennej twarzy.

Dzień po tej nerwówce nie układa się, ruch na drodze straszny, długie, męczące podjazdy, nerwowi kierowcy, wypiliśmy cały zapas płynów. I gdy już mam dosyć i snuję czarne wizje dalszej wędrówki, pojawia się nadzieja. Postanawiamy odbić i pojechać inną trasą dalej, krajobraz się zmienił, droga spokojniejsza, znów pojawiły się pola lawendy, plantacje truskawek, czarnej porzeczki, jedyne czego brakuje to kilku solidnych łyków zimnej coli. Gdzieś z tyłu pojawiają się ciemne burzowe chmury, które mobilizują do mimo wszystko intensywniejszej jazdy. Na szczęście Bułgarzy lubią z braku innych atrakcji biesiadować pod sklepem w sobotnie popołudnie, trafiamy na otwarty sklep, robimy zapasy i postanawiamy szukać miejsca na nocleg. Tym razem nie będzie luksusów, w wysokiej trawie nad brzegiem rzeki, atakowani przez hordy wściekłych komarów rozbijamy namiot i dusimy się w parnym namiocie.

Noc nie była miła, snu niewiele. Ale rano wiemy, że aby pozbyć się „klątwy” rzuconej przez Jeźdźca z  Madary, trzeba poszukać antidotum. Wyznaczamy nowy cel – wykute w skale cerkwie w Iwanowie, kolejna z bułgarskich atrakcji z Listy UNESCO.

Nowy dzień, nowe siły. Postanawiamy ominąć łukiem Razgrad, mam nadzieję, że fani Łudogorca mi to wybaczą.  Wybieramy boczne drogi może trochę bardziej wyboiste,  ale spokojniejsze. W Popowie robimy smaczne zakupy na targowisku i nawet udaje się nam odszukać sklep rowerowy, gdzie kupujemy nowe dętki. Z nową energią ruszamy dalej, no może tylko kierunek na miasteczko Dwie Mogiły nie jest najszczęśliwszy, ale nowe atrakcje przed nami.

Inauguracja pierwszej w Polsce BIG BENCH / WIELKIEJ ŁAWKI – Bieganów – 21 Sierpnia 2021, godz. 12.00

Lucyna Gołaszczyk – KokolokoADV
Sponsorka i promotorka
wraz z
Big Bench Community Project (Clavesana – Włochy)

ZAPRASZAJĄ

na inaugurację pierwszej w Polsce
BIG BENCH / WIELKIEJ ŁAWKI – Bieganów

zlokalizowanej w Bieganowie (Gmina wiejska Nowa Ruda)
21 Sierpnia 2021, godz. 12.00

Miejsce: GPS 50.559267, 16.487479
Łąka przy Agroturystyce Koko Ryku, Bieganów 41, 57-400

Jeżeli nie możesz być obecny na inauguracji, zapraszamy do odwiedzin
Wielkiej Ławki w każdym momencie, dostęp jest wolny

Inicjatywa BIG BENCH COMMUNITY PROJECT (BBCP) powstała po realizacji pierwszych Wielkich Ławek

 

zaprojektowanych przez Chrisa Bangle, amerykańskiego projektanta, mieszkającego od 2009 w
miejscowości Clavesana. Obecnie Wielka Ławka stała się symboliczną atrakcją rejonu Alta Langa w
Regionie Piemont / Włochy. Idea ma na celu wspieranie lokalnej społeczności, turystyki i doskonałości
rzemieślniczej krajów, w których znajdują się te nietypowe instalacje.
BBCP to inicjatywa non-profit, promowana przez zespół projektantów Chris Bangle Associates S.r.l., przez
Fundację BBCP oraz prywatnych sponsorów finansujących Wielkie Ławki.
Pierwsza Polska Big Banch jest sponsorowana przez Lucynę Gołaszczyk artystkę i właścicielkę
Agroturystyki Koko Ryku w Bieganowie, Lucyna przybyła tutaj z Piemontu w 2011r; jej więzi z Włochami
są nadal mocne i dlatego zapragnęła zrealizować łącznik między oba krajami i przyciągać na Wielką
Ławkę osoby z podobną potrzebą kontaktu z pięknym naturalnym otoczeniem gór i wzgórz sudeckich w
duchu slow turystyki.
We Włoszech w ciągu kilku lat powstało już 168 Big Bench.

“Zawsze ekscytujące jest widzieć, jak nowy pomysł podnosi skrzydła i wznosi się wysoko, aby odkryć
nowych ludzi, nowe podejście do życia i nowe sposoby widzenia rzeczy, które są już znajome.
Tak też się stało z Gigantyczną Ławką. Wszystko zaczęło się jako projekt przyjaciół i sąsiadów, a teraz
zdobywa serca i pasję wielu ludzi, którzy nie wyobrażali sobie, że pewnego dnia, będą podziwiać włoskie
góry i winnice siedząc na ogromnym meblu ogrodowym.
Oto piękno tego typu konstrukcji. Obiekty, które stają się ikoniczne nie tylko dlatego, że były napędzane
przez mechanizm marketingowy, ale dlatego, że sama idea była tak uwodzicielska i tak łatwa do
osiągnięcia, że sama stworzyła naturalne warunki do własnego powielania i rozpowszechniania.
Wielkie Ławki są często znane z obrazów, ale gdy usiądziesz na jednej z nich i doświadczysz wrażenia
cieszenia się widokiem, jakbyś „znowu był dzieckiem”, przeżywasz intensywne doświadczenie, którym
możesz się dzielić z innymi. Ławki są stworzone do relaksu, w przeciwieństwie do krzesła czy fotela są
wystarczająco szerokie, aby pomieścić jednego lub więcej przyjaciół. Siedzenie na ławce jest przyjemnym
gestem towarzyskim, a dobre wykorzystanie całej pozytywnej energii, jaką emanują Wielkie Ławk, jest
wizją WSPÓLNOTOWEGO PROJEKTU BIG BENCH.
Pozytywna idea Wielkich Ławek przekroczyła granice Piemontu! Tak jak nasza BIG RED BENCH #1
inspirowała entuzjastów do budowania innych, tak niektórzy goście z daleka przywieźli ze sobą tak silną
pamięć o ławkach, że zabrali koncepcję z powrotem na swoje ziemie. Być może pewnego dnia zobaczymy
„Ławę Pokoju” w naprawdę niespokojnym obszarze świata, gdzie rozpaczliwie potrzebna jest umiejętność
siedzenia, patrzenia na rzeczy z świeższej perspektywy i ponownego poczucia się jak dziecko.”

Chris Bangle
Clavesana, 2014

Pierwsza duża ławka o tym szczególnym projekcie została stworzona w 2010 roku przez Chrisa Bangle na
terenie Borgata w Clavesana, jego rezydencji i pracowni, jako instalacja z widokiem na krajobraz i
dostępna dla zwiedzających. Pomysł na ławki ponadwymiarowe nie jest nowy, ale kontekst tak. Zmiana
perspektywy wynikająca z wielkości ławki sprawia, że siedzący na niej poczuje się jak dziecko, które
nowym spojrzeniem może zachwycać się pięknem krajobrazu. Ławeczka od nieco ponad roku stała się
atrakcją dla zwiedzających okolicę.

Chris Bangle: „To świetna lekcja korzystania z innowacji kontekstowych. Mamy taką obsesję na punkcie
odkrywania nowych rzeczy, że często odmawiamy sobie ciekawego doświadczenia doświadczania rzeczy,
które są dobrze znane, ale w innym kontekście”.
W ciągu ostatnich kilku lat inne oficjalne ławki powstały w okolicach Piemontu i poza nim, bez środków
publicznych, tylko dzięki prywatnym sponsorom. Chris Bangle dostarczył darmowe rysunki i wskazówki
budowniczym ławek, prosząc jako jedyny warunek, aby zostały umieszczone w panoramicznym punkcie,
na terenie dostępnym dla publiczności i aby szanowały ducha społecznego, z którym narodziła się
pierwsza: nie prywatna instalacja, ale część zbiorowego doświadczenia, którym każdy może się dzielić i
doświadczać, przyjeżdżając do tych obszarów.

Gorąco wierzymy, że również w Polsce powstanie sieć Wielkich Ławek, które łączą ludzi w kontemplacji
krajobrazu, we wspólnych projektach, w promocji inwestycji prywatnych i społecznych na własnym
terytorium ale bez granic.
Wielkie Ławki są ogólnodostępne, zachęcają do odwiedzin lokalnych miejsc usługowych poprzez
kolekcjonowanie pieczątek w paszportach specjalnie do tego przeznaczonych.
Ty też możesz stać się promotorem twojego otoczenia dzięki Wielkiej Ławce, jeżeli posiadasz teren z
widokiem i spełniasz wymogi regulaminu BBCP.
Pod tym adresem możecie się zapoznać z ideą i sprawdzić na mapie gdzie znajdują się ławki:
https://bigbenchcommunityproject.org/en
Informacje: Lucyna Gołaszczyk, tel. 506642654, luzzy.k@gmail.com
Ze względu na małą ilość parkingów w pobliżu Wielkiej Ławki, sugerujemy pozostawinie
samochodu na parkingu na Górze Anny i zejście pieszo żółtym szlakiem lub drogą asfaltową

Rowerem znad Morza Czarnego w Bieszczady. część I – Czarnomorska aklimatyzacja.

Na pierwszą rowerową podróż wyruszyłem 20 lat temu, z przyjacielem stwierdziliśmy, że wskoczymy na rowery w Ząbkowicach i odwiedzimy Pragę.  Kompletnie nieprzygotowani, co prawda z namiotem, śpiworem i karimatą, wylądowaliśmy tego samego dnia na przedmieściach stolicy Czech, następnego dnia zwiedzaliśmy Złotą Pragę przepychając nasze rowery przez zakamarki Hradczan. Trzy dni wędrówki pozostawiły w nas mocne postanowienie – trzeba to kontynuować. I tak co roku ruszamy w różne zakamarki Europy, objeżdżaliśmy norweski Fiordland, wspinaliśmy się na Etnę, pielgrzymowaliśmy na Camino, walczyliśmy z gruzińskimi ścieżkami Swanetii.

Jak wszystkich zatrzymała nas pandemia, ale to wykorzystaliśmy w ubiegłym roku na wędrówkę po polskim szlaku Green Velo, było pięknie, ale nas ciągle coś pcha dalej. Planowanie w tym roku było trudne, systematycznie odpadały kolejne warianty podróży, na które mieliśmy ochotę, najpierw Islandia, potem Portugalia, w desperacji zerknąłem na stronę LOT-u i zrodziła się myśl – lecimy nad Morze Czarne, ale co dalej. Szybka analiza mapy i rowerowych aplikacji pozwoliła mi oszacować, że aby na dwóch kółkach wrócić do Polski najkrótszą trasą mamy około 1200 kilometrów. Pozostało jednak kilka kluczowych niewiadomych… czy aby w trakcie naszej podróży nie zmienią się lokalne obostrzenia i  co najważniejsze – jaka jest nasza kondycja. Przechorowanie wszystkim znanej choroby, brak systematycznych treningów mogą okazać się kluczowe. Ale cytując naszego survivalowego ulubieńca – przygody spotykają tylko ludzi nieprzygotowanych! Zakupiłem bilety i zaczęło się pakowanie sakw i smarowanie roweru.

Przygotowanie do takiej podróży nie zabiera nam zbyt wiele czasu, dwudziestoletnie doświadczenie i nagromadzony ekwipunek, pozwala spakować się w kilka godzin, jedynym ograniczeniem jest waga bagażu do samolotu. Rowery częściowo demontujemy i pakujemy do kartonów. W piątkowe popołudnie wraz z tłumem turystów wsiadamy do samolotu i po niespełna dwóch godzinach lądujemy, podziwiając przez okna wybrzeże Morza Czarnego w Burgas.

Wita nas ciężkie, duszne powietrze, ale to tylko chyba tylko moje wrażenie. Entuzjastycznie nastawieni turyści płynnie (po covidowej prowizorycznej kontroli) z samolotu przesiadają się w klimatyzowane autokary, jeszcze tylko dreszczyk emocji przy zakwaterowaniu (czy aby na pewno zdjęcia z internetu odpowiadają rzeczywistości) i szybki spacer na urokliwe wybrzeże – Złote Pisaki! Tu się oddycha 🙂

A my cierpliwie wyciągamy rowery z kartonu i skręcamy sprawdzając każdy detal, bo droga przed nami długa, potem szybki rajd do lokalnego marketu po butle gazowe i zapasy żywności na drogę i pierwsze kilometry znikają pod kołami. Powoli zapada zmrok i w planie mamy rozbicie się gdzieś w pobliżu plaży, trzeba zatem poszukać czegoś przyzwoitego na nocleg.

Po kilku kilometrach przy nadmorskiej ścieżce rowerowej trafiamy na parking dla kamperów, idealnie! Zwłaszcza, że z pobliskiej knajpki dobiega niesamowity zapach smażonej ryby i odgłosy bułgarskich komentatorów, karcących Hiszpanów za nieporadną grę. Caca i smażone kartofle (w wolnym tłumaczeniu) plus szklaneczka lokalnego nektaru, smakują doskonale, na deser pierwszy piękny zachód słońca. Z chowającego się za solankowo-błotnymi akwenami słońca wyłaniają się niczym zjawy umazani leczniczym mułem ostatni entuzjaści naturalnego czarnomorskiego SPA. Po wyśmienitej kolacji pozostało jedynie rozbić namiot i szykować się do wytyczania nowego rowerowego szlaku z Burgas w Bieszczady.

Tu konieczne jest kilka słów wyjaśnienia. Podróżując na rowerze jesteśmy kompletnie samowystarczalni, wyposażeni w namiot, podręczną kuchnię a nawet prowizoryczną łazienkę, planujemy trasę, a miejsca postoju, biwakowania pojawiają się same po drodze, czasem jest to pole namiotowe, czasem jakieś odludzie, trafia się momentami niewiarygodna „miejscówka”, która swoją scenerią zapiera dech, dlatego taka podróż jest nieprzewidywalna. Jest cel, teoretyczna trasa, a droga dyktuje swoje warunki, które przyjmujemy, z którymi się czasem musimy mocno zmagać, ale odpłaca się tym, co najpiękniejsze, niezapomnianymi przeżyciami.

W sobotni poranek, moczymy stopy w falach Morza Czarnego i ruszamy w głąb Bułgarii, cel pierwszy to pojawiający się na wszystkich monetach lokalnych „groszy” jeździec z Madary. Wykuty w skale wczesnośredniowieczny relief, który sami Bułgarzy wybrali sobie w głosowaniu jako symbol narodowy, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, czyli wart zobaczenia.

Pierwsze kilometry to oswojenie się z wagą i balansem roweru. Potem już pójdzie z górki! Niestety w szybkim planowaniu nie wzięliśmy pod uwagę, że aby dotrzeć do legendarnego bułgarskiego wodza, trzeba pokonać Starą Płaninę, pasmo górskie będące granicą historycznej Tracji. Czyli jednak będzie pod górkę! Mijając kolejne wsie i miasteczka przyzwyczajamy się do lokalnego klimatu i stylu jazdy Bułgarów, którzy z klasyczną fantazją południowców uważają rowerzystów za przeszkodę na drodze a nie jej użytkownika, to cenna wiedza, gdy widzimy jadącą naprzeciw obładowaną ciężarówkę a za plecami słychać charczenie kolejnej. W tempie błyskawicznym temperatura zmusza nas do poznania lokalnego asortymentu napojów chłodzących oraz realnej wartości lokalnej waluty.

Postanawiamy po kilku kilometrach drogi tzw, krajowej zjechać w podrzędną, bo plan zakłada jednak dojechanie do Polski, a nie dowóz innym środkiem transportu. Tu jednak mała niespodzianka, droga w kierunku na Szumeń w przebudowie, mniejszy ruch, ale za to większe wertepy. Na kilkudziesięciokilometrowym odcinku możemy podziwiać przeróżne technologie naprawy nawierzchni, niektóre budzące głęboką refleksje nad właściwym wydawaniem środków z UE 🙂

Lawirując pomiędzy kolejnymi wzgórzami wjeżdżamy w krainę trochę inną niż turystyczne zagłębie Złotych Piasków, tu jedyną atrakcją, z której korzystamy i my, są wioskowe i małomiasteczkowe sklepiki, pod którymi tętni lokalne, trochę smutne życie. Największe wrażenie robi na nas Jankowo, niemal wyludniona południowa jego część, z opuszczonymi popadającymi w ruinę gospodarstwami, gdzieniegdzie widać ślady chęci odbudowy choćby budynków mieszkalnych, ale te próby robią na nas jeszcze bardziej przytłaczające wrażenie, kolaż stworzony z  walających się wokół materiałów budowlanych bardziej przypomina południowoamerykańskie fawele niż europejskie miasteczko.

Mimo to za Jankowem robimy pierwszy postój, lawendowe pole i dostęp do ujęcia świeżej wody trochę łagodzą smutne wrażenia z ostatnich godzin wędrówki.

Na ciąg dalszy opowieści zapraszam wkrótce.

Bogdan Tuła

Termomodernizacja zabytkowego budynku położonego w zespole Kościoła Pokoju w Świdnicy

Pół miliona złotych przekazał Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu na poprawę efektywności energetycznej zabytkowego budynku położonego w zespole Kościoła Pokoju w Świdnicy. Dotacja pozwoli zminimalizować zużycie energii oraz uzyskać lepsze ocieplenie budynku. W przyszłości ma tu powstać ogólnodostępny ośrodek edukacji ekologicznej. Stosowną umowę podpisali dziś Bartłomiej Wiązowski, wiceprezes WFOŚiGW we Wrocławiu, Łukasz Michalski, pełnomocnik zarządu oraz ks. bp Waldemar Pytel – Proboszcz Parafii Ewangelicko – Augsburskiej pw. Św. Trójcy w Świdnicy.

Budynek obecnie ogrzewany jest miejscowo piecami kaflowymi, najczęściej z II połowy XX wieku. Ciepła woda uzyskiwana jest punktowo w elektrycznych podgrzewaczach pojemnościowych lub przepływowych. Podstawowym rodzajem oświetlenia budynku są oprawy żarowe. Stolarka okienna i drzwiowa, a także przegrody zewnętrzne i dach są w złym stanie, to powoduje duże utraty ciepła.

Dzięki pozyskanej dotacji budynek zostanie zmodernizowany energetycznie poprzez ocieplenie przegród i wymianę okien oraz drzwi zewnętrznych. Wymieniane będą także istniejące źródła ogrzewania na pompy ciepła i kocioł gazowy. W wyniku realizacji przedsięwzięcia zostanie osiągnięty efekt ekologiczny polegający na redukcji emisji do atmosfery CO2 w ilości około 310,36 Mg/a, redukcji pyłu PM10 w ilości około 4,35 Mg/a, redukcji zużycia energii cieplnej – około 3 276,30 GJ/rok.

Całkowity koszt zadania 7.329.476,65 zł. Zadanie współfinansowane ze środków RPO WD 2014-2020 w ramach poddziałania nr 3.3 1 „Efektywność energetyczna w budynkach użyteczności publicznej i sektorze mieszkaniowym – konkurs horyzontalny”.

Budynek konstrukcji szachulcowej pochodzi z przełomu XVII i XVIII wieku i znajduje się w Świdnicy w zespole Kościoła Pokoju wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Singletrack Glacensis – przygoda na rowerze górskim dla całej rodziny.

Gdyby ktoś powiedział mi, że Ziemia Kłodzka będzie niebawem jednym z najlepszych miejsc na rower w Europie, powiedziałbym że to niemożliwe.  Tak zapewne myśleli ludzie którym o tym mówiłem :-). Dziś mamy na Ziemi Kłodzkiej nie tylko dwa super Bike Parki – Trasy Enduro w Srebrnej Górze i Bike Park w Czarnej Górze, ale także największą sieć wybudowanych ścieżek rowerowych w Europie – Singletrack Glacensis.

Pozwólcie, że zabiorę Was w kolejnych artykułach na wycieczkę dookoła Ziemi Kłodzkiej. W każdym numerze opiszę pomysł na jednodniową wycieczkę rowerową, bo nie sposób przejechać ponad 300 km szlaku na raz. Trzeba go podzielić na etapy, a przede wszystkim plan trzeba dostosować do swoich możliwości kondycyjnym lub wydajności baterii w rowerze elektrycznym.

Plan 

Kilka rad na początek. Planując dzień na rowerze zawsze sprawdźcie jego stan techniczny, nie zapomnijcie sprawdzić hamulce i nasmarować łańcuch. Następnie obowiązkowo zabierzcie kask, dobrze jest mieć ochraniacze na kolana oraz rękawiczki i okulary. Jadąc w góry trzeba mieć plecak, a w nim dętkę lub łatki, łyżki do opon i podstawowy zestaw kluczy oraz pompkę. Pamiętajcie o odpowiednim nawadnianiu. Zabierzcie bidon z wodą lub bukłak do plecaka. Ważne żeby mieć jakieś proste jedzenie ( suszone śliwki lub daktyle, ewentualnie jakiś batonik z orzechami).  

Wycieczka

Jesteście gotowi ? To ruszamy, pierwszy pomysł to Kudowa – Brzozowie. Kudowę pewnie znacie to kurort z pięknym parkiem zdrojowym, magicznymi wodami oraz przepiękną okolicą Gór Stołowych. Będąc tam warto odwiedzić Szczeliniec Wielki i Błędne Skały. Tereny są tak malownicze, że wybrano je do scenerii Opowieści z Narnii. Wróćmy jednak do Brzozowia o którym nikt nie słyszał. Ta niegdyś osobna miejscowość, jest częścią Kudowy Zdrój.  Dziś wie o tym miejscu coraz więcej rowerzystów za sprawą super singletracków – czyli jednokierunkowych górskich ścieżek rowerowych. 

Macie tam do dyspozycji 4 pętelki: Źródełko, Za rzeką, Widoczek i Everest. Trasy są bardzo łatwe i jedynie Everest wymaga trochę siły żeby zdobyć szczyt, ale warto bo zjazd wynagrodzi Wam trud. Pętla źródełko jest super łatwa, pokona  ją nawet 6 letnie dziecko oraz mama jeżdżąca „tylko po bułki do sklepu”. Pętla za rzeką jest bardzo urozmaicona, ciągnie się niemal po samej granicy Polsko – Czeskiej. Osoby początkujące spokojnie sobie na niej poradzą, a ci zaawansowani mogą tam naprawdę rozwinąć skrzydła. Pętla Widoczek, po bardzo przyjemnym podjeździe, który zaczyna się 2 metry od słupka granicznego nagrodzi nas niesamowitym widokiem na Nachod, Kudowę, a przy dobrej pogodzie na Śnieżkę. Zjazd po łące ma super bandy, muldy i stolik. To przeszkody, które spokojnie przejedzie każdy rowerzysta, natomiast ci którzy lubią pędzić i skakać na pewno będą chcieli powtórzyć tą pętelkę. Everest, ten po prostu trzeba zdobyć choćby wpychając rower, potem nagrodą będzie bardzo ciekawy zjazd i równie ciekawy widok. Wszystkie pętle mają 15 km jednak żeby przejechać każdą z nich musicie pokonać około 27 km i 600 m w pionie. Z pewnością dacie radę, a jeżeli się spodoba możecie planować kolejne etapy.

Zwiedzanie

Póki co w Brzozowiu brakuje miejsca gdzie można zjeść, jest natomiast piękny kościółek z bardzo nietypową wieżą. My na jedzenie najchętniej wpadamy na stację BP robią tam najlepszą zupę gulaszową jaką jedliśmy. Jeżeli przydarzy się Wam jakiś problem z rowerem lub potrzebujecie go wypożyczyć polecamy skorzystać z z naszego Bike Point – sklepu rowerowego Cyklon w Kudowie.  Jeżeli nie lubicie jadać na stacji benzynowej, a lubicie dobrą kuchnię lub szukacie przyjemnego miejsca do przenocowania, koniecznie odwiedźcie nasz Bike Hotel Villa Spa Scaliano w Kudowie Zdroju.  Do zobaczenia na szlaku Singletrack Glacensis.

Marek Janikowski
Prezes Fundacji
Singletrack Glacensis

www.singletrackglacensis.com

Mapa Zabytków Techniki Dolnego Śląska.

Najnowsza publikacja Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego – Mapa Zabytków Techniki na Dolnym Śląsku –  prezentuje wyjątkowe skanseny, muzea, zabytkowe parki maszynowe, czynne zakłady produkcyjne czy budynki użyteczności publicznej w naszym regionie. W sumie to aż 26 obiektów dziedzictwa przemysłowego i technicznego! Zabytki związane z kolejnictwem, tradycją górniczą i hutniczą, z przetwórstwem, łącznością, uzdatnianiem wody czy przemysłem spożywczym, a wszystko to zebrane w jeden, spójny szlak.

 

Od teraz można już przemierzać region z nową mapą opisującą dolnośląskie perełki techniczne i ich historię. Publikacja powstała w trzech wersjach językowych: polskiej, angielskiej i niemieckiej. Jest dostępna bezpłatnie w punktach Dolnośląskiej Informacji Turystycznej, a także w obiektach umieszczonych na Szlaku Zabytków Techniki. Można również pobrać ją ze strony https://dolnyslask.travel/ oraz https://mapazabytkow.pl/ .

– Promocja Dolnośląskiego Szlaku Zabytków jest dla nas niezwykle ważna. Region przez stulecia odgrywał bowiem rolę jednego z wiodących w Europie ośrodków przemysłowych. Najbardziej widocznym tego znakiem są setki pałaców, zamków i dworów, które powstawały na przestrzeni wieków. Praca kolejarzy, górników, hutników czy tkaczy kształtowała krajobraz regionu. Dziś chcemy, by to dziedzictwo było zauważalne i rozsławiało Dolny Śląsk w całym kraju – mówi Cezary Przybylski, Marszałek Województwa Dolnośląskiego.

 

SZLAK CORAZ BOGATSZY – ODKRYJ DOLNY ŚLĄSK

 

Dolnośląski Szlak Zabytków Techniki ciągle się rozrasta. Dołączają do niego kolejne obiekty, umożliwiając tym samym odkrywanie najcenniejszych tego typu perełek na Dolnym Śląsku. W 2018 roku było ich siedem, dziś jest już 26. Cały czas trwają starania, by na mapie pojawiały się następne.

 

Dolnośląska Mapa Zabytków Techniki jest wspólnym przedsięwzięciem Fundacji Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego Śląska oraz dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego.

 

– Mimo tej trudnej sytuacji związanej z pandemią, jako Fundacja Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego Śląska nie ustajemy w staraniach, by ciągle przypominać o bogactwie, jakim na Dolnym Śląsku są zabytki techniki. Wiele z nich wciąż bowiem można oglądać na świeżym powietrzu w trakcie jednodniowych wycieczek – przypomina Piotr Gerber, prezes Fundacji Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego Śląska.

 

Mapa to kolejny krok promujący dolnośląskie atrakcje związane z przemysłem. Wcześniej powstały m.in. tablice informacyjne w trzech językach opisujące historię i znaczenie uwzględnionych na Szlaku obiektów oraz odbyła się impreza promocyjna Rajd Zabytków Techniki. Wszystkie miejsca trafiają również na internetową Dolnośląską Mapę Zabytków Techniki. Obiekty, które chcą dołączyć do projektu, ciągle mogą się zgłaszać do Fundacji Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego Śląska.